RSS
 

Archiwum - Listopad, 2013

Wariacje na temat odchudzania się

17 lis

Staram się w miarę regularnie sprawdzać wagę, ostatnio uparła się, stanęła mniej więcej na 90 kg , tzn waha się między 89,5 a 90,5, pewnie w zależności od stanu pęcherza i układu pokarmowego. Jak zacząłem się odchudzać podjąłem „zobowiązanie”, ze poniżej 90 kg ogolę się, kiedy ok 1 listopada zobaczyłem po biegu treningowym na wadze 88,9 kg natychmiast ogoliłem się, choć wiedziałem, że tak niska waga to przede wszystkim zasługa odwodnienia a nie faktycznego spadku wagi. Pieprzę wszystkich krytykujących mój wygląd a w zasadzie moją fryzurę. Będę ważył mniej niż 83 kg, ostrzygę się, taki orientacyjny termin to 28 luty 2014 roku, mniej więcej w okolicy Biegu Piastów.1,8 kg miesięcznie to zadanie do wykonania, przeliczając na kilometry i kcal to naprawdę niewiele. 1kg tłuszczu to około 7000kcal,czyli 7 kg to około 50000kcal, a jeśli w czasie takiego swobodnego biegu jak dzisiaj spalam ok 1000kcal, oznacza to tylko 50 takich biegów, czyli trzeba byłoby biegać tak mniej więcej co drugi dzień. Oczywiście taki program byłby zadawalający, gdybym dostarczał tyle kalorii ile spalę poza bieganiem, a przecież mogę dostarczać zdecydowanie mniej. Taka dieta jak obecnie czyli owoce i warzywa, tylko od czasu do czasu coś bardziej treściwego, i byłoby OK. Z tego co sobie przypominam, 84 kg ważyłem w wieku 30 lat. Powrót do lat 80-tych? Z wagą to OK, ale z innymi sprawami, to niechętnie.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

30-ty maraton tylko albo aż tyle

12 lis

Niestety nie mam „natchnienia”, coraz ciężej mi się pisze, a wypadałoby od czasu do czasu coś napisać.
W sobotę, cztery tygodnie po Poznaniu a dwa po Frankfurcie pobiegłem ostatni maraton w tym roku. TRZYDZIESTY w całej swej krótkiej historii biegania maratonów bo od 2008 roku. Trzydziesty pod warunkiem ukończenia, bo przecież tylko takie liczę do statystyki. Najcięższy z tegorocznych maratonów, górski, biegłem już ten maraton parę lat temu po trochę innej, łatwiejszej trasie, bez wbiegania na Skrzyczne, ciekawy byłem czy rzeczywiście zrobiłem ostatnio „krok do przodu” i czy poprawię swój wynik. Okazało się, ze urwałem kilka minut a biorąc pod uwagę trudności na przedostatnim kilometrze, których wcześniej nie było, deszcz oraz wbiegnięcie na Skrzyczne, to wynik zdecydowanie lepszy. Już fakt, że wtedy byłem ostatni a teraz zostawiłem za sobą ponad dwadzieścia osób mówi za siebie.
Nie będę za wiele pisał, tradycyjnie zostałem z tyłu, tym razem ani chwili nie byłem ostatni, ze dwie czy trzy osoby zawsze były za mną, po kilku kilometrach doszedłem Truskawę, można powiedzieć, że gdzieś do 19-20 kilometra biegliśmy prawie razem, czasami ale na krótko dzieliło nas kilkadziesiąt metrów. Gdy zaczął się stromszy odcinek drogi, tuż po pomiarze czasu na którym Truskawa wyprzedzała mnie o kilkanaście sekund, zacząłem się wolno od niej oddalać, na ostatnim przed Skrzycznem wodopoju odczekałem dłuższą chwilę, pijąc kubek piwa, połykając jakieś słodycze i żel energetyczny, gdy zaczęło robić mi się zimno, ruszyłem dalej, przy dziewczynach sprzątających kubki oglądnąłem się i zobaczyłem Izę, dzieliło nas może 120-150 m, mało ale przy tej stromiźnie to pewnie kilka minut. Okazało się, że to był nasz ostatni kontakt wzrokowy. Po chwili byłem na Skrzycznem, tuż przed schroniskiem spotykam kobietę, mówi na prawo schronisko, masz iść na lewo, jednak instynkt stadny daje znać o sobie, przede mną idzie jegomość w żółtym, omija tę drogę w lewo i wspina się wyżej, na szczycie już razem skręcamy w lewo, po chwili dochodzimy do strażaka, zdziwionego, że pojawiamy się z góry a nie z lewa. Było to jedyne miejsce nie oznaczone, a kobieta ta która nas informowała o kierunku „podróży” prawdopodobnie ze względów pogodowych zeszła ze stanowiska.
Dalej do Matyski szło prawie jak po maśle, szokiem było dla mnie dogonienie i minięcie Andrzeja z Zadyszki, nie usłyszałem od niego komentarza jak niegdyś na Cracovii od Alka- >cholera NAWET tytus mnie wyprzedził<, udało mi się wyprzedzić jeszcze kilka osób, potem będę wyprzedzał na Matysce i na zbiegu z niej, w sumie wyprzedziłem ponad dwadzieścia osób. Schodząc, czy próbując zbiegać z Matyski raz tylko ratowałem się podparciem przed upadkiem i raz przydupiłem zaliczając pewnie metrowy zjazd na dupie. Wszystkie gałęzie robiły za liny asekuracyjne, a że były kolczaste to dłonie mam jak po figlach z jeżem.
I to by było na tyle w temacie Maratonu Beskidy.
11 listopada z dobrym jak na mnie wynikiem, kończąc w grupie dość dużej a nie jak zwykle samotnie na szarym końcu ukończyłem Niepodległościową Jedenastkę w Białym Kościele. Czas kilkanaście minut lepszy niż przed rokiem.
I to by było na tyle z oficjalnych startów w 2013 roku.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii bieganie

 

Maraton we Frankfurcie 27 październik 2013

02 lis

Wraz z całą krakowską ekipą wziąłem udział w maratonie we Frankfurcie nad Menem, wyjechaliśmy w piątek wieczorem, na miejsce dotarliśmy w sobotę rano po 14 godzinnej podróży autobusem. Na miasto wyruszyliśmy dopiero późnym popołudniem, czasu starczyło tylko na to aby zaliczyć platformę widokową. Oczywiście gdybyśmy znali przynajmniej trochę Frankfurt, moglibyśmy liczyć na więcej, a tak zamiast 10 minutowego spacerku spod Ołówka w Messe Frankfurt, odbyliśmy ponad półgodzinny spacer, podróż metrem i po krótkim błądzeniu prawie pod budynkiem z platformą widokową dotarliśmy na miejsce. Dokładne sprawdzenie jak na lotnisku i jedziemy windą na 54 piętro, dwa piętra na piechotę i platforma jest nasza. Prawie godzinny pobyt w tym budynku owocuje kilkudziesięcioma zdjęciami miasta, zapada powoli zmierzch, czas wracać.
Rano jedziemy tramwajem na start maratonu, w planie mam pobicie rekordu życiowego, rozgrzewam się przed startem co rzadko mi się zdarza, w końcu ok. 10.45 startujemy, startuję z ostatnia partia zawodników. Zgodnie z wcześniejszym planem trzymam się pacemakera na 4:59, biegnie wg mnie zbyt wolno, powoli oddalam się, dogania mnie około połówki i wyprzedza po kilkudziesięciominutowym wspólnym biegu.

Przed 40 km kiedy biegnę najwolniej znów dochodzę do pacemakera, swiadczy to o tym, że zupełnie nie pilnował tempa. Ostatnie kilometry to walka z silnym wiatrem wiejącym prawie prosto w twarz, momentami wiatr jest tak silny, że praktycznie powoduje zatrzymanie.

Nie pobijam rekordu życiowego, do wyrównania zabrakło 2 min 29 sekund, przegrałem walkę z zyciówką pomiędzy 15 a 21,1 km oraz 35 a 40, te w sumie 11 km przebiegłem zbyt wolno. Rekord musi poczekać do 18 maja, może uda mi się pobić podczas Cracovia Maratonu? Wszystko zależy jak przepracuję zimę.

Umieszczone zdjęcia to fotki z mety, mimo zmęczenia i wykonania planu minimum tj zejścia poniżej 5 godzin cieszę się bardzo.
PS. ważę trochę poniżej 91 kg, do „zaczarowanej” granicy 90 kg brakuje niecały kilogram!

 
 
 

  • RSS