RSS
 

Archiwum - Sierpień, 2011

bez tytułu

31 sie

„Ciężkie czasy” rzekł sowiecki żołnierz ściągając zegar z wiezy kościelnej; taki dowcip swego czasu opowiadano. Dla mnie być może tylko pozornie czas stał sie ciężki. Po raz drugi w ciągu dwóch ostatnich lat walczyłem z boreliozą, jeszcze z „głupoty” opóźniłem walke z chorobą o tydzień, rumień pojawił sie prawie tydzień przed najważniejszym biegiem tego roku, przed Rzeźnikiem. Chcąc przebiec nie mogłem łykać antybiotyków, zresztą nie łykałem a i tak nie przebiegłem. Jest postęp, w tamtym roku przebiegłem około 33 km w tym roku prawie 56, w dodatku zaliczyłem najtrudniejszy i najdłuższy odcinek.Tradycji stało sie zadość, mój start w biegu górskim musiłączyć sie z deszczem  i tak też było tym razem. Co prawda pogoda nas trochę oszczędziła, nie było tak jak w tamtym roku ale padało bardzo mocno. Zastanawiam sie tylko czy startować w przyszłym roku, czy zrobić sobie rok przerwy. Jeśli zdecyduję się na start to muszę sie do niego przygotować, inaczej niż w tym roku. Co prawda przygotowywując sie do Cracowia maratonu zrealizowałem mniej wiecej 60-70% planu treningowego a i tak w efekcie ustanowiłem nowy rekord zyciowyw maratonie. W ramach przygotowań muszę przebiec bieg kilkunastogodzinny, np Kaliska setkę. A jaki los jest złośliwy  świadczy również kolano stłuczone 5 dni przed Rzeźnikiem, przecież jeszcze w noc poprzedzającą start obkładałem kolano lodem.
3 tygodnie łykania antybiotyku. Efekt? W tamtym roku „wybieglem” na Pilsko w półtorej godziny, w tym roku dzień po zakonczeniu kuracji antybiotykowej  dołozyłem 40 minut. Pozornie pewnie ważyłem 150 a może więcej kg. Takie odnosiłem wrażenie, każdy krok to walka ze swoja słabością.
Był nawet moment, po raz pierwszy odkąd biegam, w którym zacząłem sie zastanawiać nad sensem biegania,powtarzałem zawsze, nic ostatnie miejsca , najważniejsze to ta radość czerpana z biegania. A tu zero radości tylko męka.
Myślę, że jednak znów wygrałem, a że tylko z sobą?
W sierpniu nie powinienem startować w Maratonie Karkonoskim, ale niestety decyzja była podjęta wczesna wiosną, kiedy byłem silny jak nigdy dotąd, urywałem przecież na każdym biegu kilka do kilkunastu minut, szczytem był przecież Cracowia Maraton na którym urwałem prawie 35 minut. Pojechałem. Pobieglem. Myślę, że gdyby nie poczucie odpowiedzialności to ukończyłbym ten Maraton. Dobiegłem (czy bardziej prawidlowo raz szedłem raz bieglem) do Domu Śląskiego pod Śnieżką, więc mozna powiedzieć, że odpuściłem tylko 1,5 km z 42, ale to tylko albo aż. Pod Ślaskim Domem stwierdziłem, że muszę wracać bez wybiegnięcia na Śnieżkę, inaczej nie zdążę na ostatni wyciąg i wyjazd do domu opóźni sie o kilka godzin. A wiozłem jeszcze 3 osoby. Trudno za rok powalczę. I o ile nie jestem do końca przekonany czy zmierzą sie w przyszłym roku z Rzeźnikiem, to w Karkonosze pojadę na 100%.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS