RSS
 

Archiwum - Październik, 2008

zdjęcie dnia

30 paź

a jako zdjęcie dnia nietypowe ujęcie Czarnego Stawu Polskiego z Orlej perci

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

smutno mi

26 paź

Umarł Mariusz, widziałem Go ostatni raz wczoraj wieczorem,
Bratanek zadzwonił rano z informacją o śmierci
a ja wiedziałem ,
możecie się smiać, ale Mariusz odwiedził mnie, obudziłem się o wpół do czwartej czując Jego obecność, przewinęły mi się obrazy z życia , widziałem Go jak brał ślub prawie dokładnie 34 lata temu, jak szliśmy razem na mecze Wisły i wiele innych migawek z życia……
Żegnaj Bracie……

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

piosenka dnia i zdjęcie dnia

25 paź

„Na co komu dziś” Lady Pank to piosenka dnia, ale gdyby wsłuchać się w jej ideę , to większość blogów, w tym i mój nie miałaby racji bytu. Na co komu dziś wczorajszy dzień?
A foto dnia, zastanawiałem się co po tojadzie mocnym? Inny kwiatek, a może jakaś panoramka? A może coś z zimy dla tych, którzy tęsknią za nartami, deskami czy w ogóle zimą? A możę na odmianę zamiast flory fauna tatrzańska? Bo, że coś z Tatr to pewne, rosiczka była wyjątkiem i wydaje mi się, że na długo.
Jesień, wczoraj film czy klip Wspomnienie w wykonaniu Niemena a dzisiaj foto, znane niektórym moim znajomym, więcej zaprezentowane w moim profilu w naszej klasie, foto wykonane prawie dwa lata temu, w październiku 2006 roku u wylotu doliny Mięguszowieckiej na stokach Drygantu w czasie wycieczki na Rysy.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

tojad

24 paź

Można powiedzieć, że na specjalne życzenie Slany pojawia się tojad, akurat w tym przypadku tojad mocny, a zdjęcie zostało zrobione przeze mnie 15 sierpnia tego roku na stokach Przedniego Soliska, w czasie wycieczki Szczyrbskie Pleso- Młynicka Dolina- Bystry Przechód- Furkotna Dolina- Szczyrbskie Pleso.
Tojad jest mi zdecydowanie bliższy niż rosiczka, często można spotkać go w Tatrach, nie próbowałem jego zastosowania, a był nazywany roślinnym arszenikiem.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

rosiczka

23 paź

Mam nick tytus, przynajmniej pod tym nickiem funkcjonuję w środowisku biegaczy. A skąd się wziął taki nick? Dawno temu w takiej młodziezowej gazecie „Świat młodych” papa Chmiel zamieszczał jeden z pierwszych komiksów świata „Tytus, Romek i a’Tomek”, a tytusem był szympans. Moi koledzy z dwóch powodów nazwali mnie tytusem, po pierwsze byłem pucułowaty tak jak ta małpa, a po drugie w chodzeniu po drzewach nie miałem sobie równego, a małpie skoki z gałęzi na gałąź sprawiały mi największą przyjemność.
Jak rejestrowałem się na stronie, poproszono mnie o wpisanie nicka, odruchowo wpisałem tytus.
Dlaczego o tym piszę? Bo zastanawiam się jaki właściwie powinienem mieć nick, taki który oddawałby mój charakter. I nasuwa mi się jedno skojarzenie. Rosiczka. Tak. Wabię, przyciągam, a kontakt ze mną jest podobno zabójczy.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

nałóg

20 paź

Odkrywam, że wpadłem w nowy nałóg, nazywa się bieganie. Przeczytałem, że moi znajomi biegli wczoraj w Żorach, zakląłem sobie w duchu, był to 1 bieg w Żorach, a ja nie byłem na nim. Przecież zapisałem się na te studia podyplomowe i miałem pierwszy zjazd.
Pewne jest, że pojadę na Jesienną Perłę Paprocan, może wyciągnę kogoś znajomego, a planuję przebiec minimum Półmaraton.
Ten blog miał być, jak już Wam mówiłem swoistą psychoterapią dla mnie, inni chodzą do psychoterapeuty, zwierzają mu się a ja to robię publicznie. I co? Blog staje się powoli dziennikiem biegacza. A bieganie zaczyna być swoistą psychoterapią dla mnie. Zamiast ucieczki w alkohol czy jeszcze gorsze dziadostwo uciekam w bieganie.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

ZMIANY

19 paź

Coś tam pozmieniałem w wyglądzie blogu, niektóre rzeczy przy okazji pogubiłem jak np baner „ratujmy Rospudę” ale prawie podoba mi się, chciałem osiągnąć trochę inny efekt, pajęczyna miała „oplatać” tekst, ale myślę, że jeszcze kilka eksperymentów i osiągnę pożądany efekt. Coraz częściej zdania jakie buduję są tasiemcowe, ale cóż maturę z polskiego zdawałem przynajmniej dwa pokolenia wcześniej a i niestety polonistki miałem nie najwyższego lotu.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

środa, bieg w Wadowicach

16 paź

Wziąłem udział w biegu „Śladami Jana Pawła II”, (oficjalna nazwa jest trocę dłuższa), zająłem ex aequo ostatnie miejsce wspólnie z debiutującą w jakichkolwiek biegach 19 letnią maturzystką z Krakowa. Biegłem od początku swoim tempem, o dziwo nie stanowi dla mnie już problemu tempo poniżej 6 min na km, gdzieś na 3 km dogoniłem właśnie tę dziewczynę, której brakowało już sił, zaczęła zbyt ostro, spytała mnie czy może ze mną biec, oczywiście się zgodziłem, i tak mobilizując, prowadząc w równym tempie doprowadziłem ją do mety. Jej nauczyciel wfu, z którym przyjechała, wygrał ten wyścig.
Ze znajomych biegł Tusik, Staszek Orlicki i Grzesiek z Przeciszowa, oczywiście z widzenia znałem więcej osób.
Był to pierwszy bieg po maratonie, przerwa na odpoczynek to tylko dwa dni. Wcześniej nasłuchałem się, że tydzień po maratonie to praktycznie tydzień stracony, jakikolwiek bieg to tragedia. Niestety ponieważ nic takiego mnie nie spotkało to muszę wyciągnąć jeden wniosek: opieprzałem się w maratonie, nie dałem z siebie wszystkiego. Ciekawe jakie rezerwy we mnie tkwią? Być może pobiegnę w następną niedzielę w takim specyficznym biegu – w jesiennej perle Paprocan, jest to oficjalnie maraton ale formuła biegu pozwala na zejście po każdym okrążeniu i myślę, że jeśli pobiegnę to spróbuję zaliczyć 20-25 km, a może zdecyduję się na bieg np w tempie 6:15 min na km i zobaczę ile dam rady w takim tempie przebiegnąć. I wydaje mi się, że to drugie rozwiązanie byłoby lepsze, pozwoliłoby mi ocenić swoje możliwości.
A w najbliższy łykend? Mam zajęcia, odbiło mi, zapisałem się na studia podyplomowe, wróciłem na AGH, co prawda na inny wydział, ale sentyment z młodości pozostał.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

kilka uwag na marginesie niedzielnego maratonu

14 paź

Ja maraton MUSIAŁEM ukończyć, ten bieg zadedykowałem ciężko choremu bratu, cały czas po głowie chodziła mi myśl- jak ja sobie poradzę z maratonem , to ty Bracie MUSISZ sobie poradzić z tą francą, która wyniszcza Twój organizm.
Mi się udało, Mariuszowi też do cholery MUSI  się udać, mimo, że po biegu dostałem SMS-a, że jest coraz gorzej.
BRACHU TRZYMAJ SIĘ,…
W poniedziałek bałem się zakwasów, okazuje się, że wymasowanie mięśni gąbką przy myciu i nasmarowanie kilkakrotne „maścią końską” jest rewelacyjnym sposobem na zakwasy.
Przy okazji zdarzyła się taka humorystyczna sytuacja, z Treborusem poszliśmy nasmarować maścią nogi, zrobiliśmy to nieopatrznie w przedsionku ubikacji, dwóch facetów spuściło spodnie do kostek i smaruje sobie mazidłem nogi, w tym momencie wchodzi dziewczyna i na nasz widok parska śmiechem, ciekawe co sobie o nas pomyślała.
Przyjęta przeze mnie taktyka biegu okazała się skuteczna, choć pozostawia uczucie pewnego niedosytu, bo mogłoby być lepiej. Ale już wcześniej pisałem, że wolę takie uczucie , niż kompletna załamka.
W pólmaratonie w ciągu 3 miesięcy poprawiłem wynik o ponad 19 minut, gdybym taka progresję osiągnął w maratonie, to w przyszłym roku na metę wpadałbym w zdecydowanie większym gronie.
Zaczynającym przygodę z maratonem radzę np start w Radomskim Maratonie trzeźwości, tam limit czasu wynosi 7 godzin, w takim limicie można spokojnie cały dystans przetruchtać.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jestem MARATOŃCZYKIEM

13 paź

Wystarczyłby tytuł.
Od wczoraj jestem maratończykiem.
Wynik ma znaczenie drugorzędne, chociaż w najśmielszych marzeniach nie przypuszczałem, ze pójdzie mi tak dobrze. Co więcej, zakładałem, że dzisiaj dzień po biegu nie będę nadawał się do niczego, tymczasem funkcjonowałem normalnie. Wyszedłem z maratonu prawie bez szwanku, prawie, bo mam dwa pęcherze aby było sprawiedliwie to na obu dużych palcach u nóg i otarcie na lewym ramieniu. I to wszystko, nawet wstałem dzisiaj normalnie, mimo, że położyłem sie spać po drugiej w nocy, wtedy dotarłem do domu.
A jak było?
Wyjazd w sobote rano, samochodem do Trzebini, pociągiem do Katowic a z Katowic z Adamusem (nick kolegi), Treborusem ( Robertem prawie wspak)i Gabrysią pojechaliśmy Toyotą (Adamusa) do Poznania.
Wieczorem kopnął mnie zaszczyt, uczestniczyłem w elitarnym spotkaniu maratończyków, mecz Polska- Czechy oglądnąłem dzięki temu tylko na wizji bez foni, co nie przeszkadzało w huralnym wyciu po zdobyciu bramek przez Brożka i Błaszczykowskiego.
Noc na karimacie prawie w centralnym punkcie parkietu na hali Arena.
Rano jem tylko na słodko, chociaż nie, bo Treborus odstępuje mi kanapkę przygotowaną przez Adamusa, pół bułki z wędliną.
 Nie czekam na autobus, który co pół godziny wozi biegaczy z Areny na Maltę, korzystam z okazji, podwozi mnie uczestnik maratonu swoim samochodem.
Kupuję marsa i snikersa i napój energetyczny, zjadam, wiem ,że trzeba dostarczyć jak najwięcej paliwa do organizmu.
Jestem przebrany do biegu, rano jest zimno, zastanawiam się co zostawić na sobie, czy tak jak robią to doświadczeni koledzy, mają cos ciepłego na sobie i wyrzucają to na starcie, czy iśc już tylko w koszulce w której będę biegł? Nie przygotowałem się na wyrzucenie czegokolwiek, a szkoda mi t-szerta z maratonu poznańskiego. Czekam do ostatniej chwili, rozbieram się i oddaję worek do depozytu.
Ryzykując wyziębienie idę na start w krótkich spodenkach i koszulce bez rękawów. Wcześniej poznani koledzy dają mi mazidła, bo po wazelinie, którą smarowałem się rano nie ma śladu. Treborus powtarzał, nie żałuj, smaruj ile wlezie, ale widać pożałowałem. Po biegu okazało się, że tych mazideł tez pożałowałem bo wystapiły otarcia. 
Start.
Po mniej więcej 1,5 może dwóch kilometrach stwierdzam, że za mną jest tylko kilka osób a samochód „koniec maratonu” jest zaledwie 100 metrów ode mnie. Powtarzano mi wielokrotnie, maraton biegnie głowa a nogi tylko trochę jej pomagają, postanawiam trzymać się z żelazną konsekwencją założeń, które przyjąłem, Gallowey- moduł 13 min biegi 2 min marszu ale jak najszybszego, oczywiście jest kwestia tempa biegu, wstępnie przyjąłem, że będzie to 6.40 do 7.00 min na km. Nie przejmuję się sytuacją, stwierdzam trudno mogę być jednym z ostatnich ale JA MUSZĘ MARATON UKOŃCZYĆ i to w limicie.
Przez pewien czas biegnę równo z panią jak sie okazało najstarszą uczestniczką, która ukończyła ten maraton. Ta pani ściąga przez pewien czas zainteresowanie mediów, filmuje ją a przy okazji mnie Polsat, jakaś inna telewizja, radio ESSKA głosi „biegnie zawodnik w chustce, nr 149 Leszek z Zatora  , tempo którym biegnę jest za wolne dla tej Pani i wyprzedza mnie. Doganiam ją dopiero kilkanaście kilometrów poźniej na ulicy Browarnej po ostrym podbiegu. Zastanawiam sie co z Gabą, mówiła o czasie 5,5-6 godzin a jej nie widać, czyli czuje się dobrze i biegnie na lepszy czas.
Piję to co dają, na extra „wodopojach” mineralną, na planowych punktach staram sie pić napoje izotoniczne i to 2-3 kubki, podającym banany krzyczę ” ja hurtem” i biorę 2-3 kawałki, póki była czekolada brałem 3-4 tabliczki. Przy punktach przechodziłem na chwilę do marszu, zatrzymałem sie tylko dwa razy z powodów, których nie da się załatwić ani w biegu ani w marszu.
Pierwsze okrążenie (21 km) bez kłopotów, ale mniej więcej już po 10 km okazuje się, że mijam coraz więcej osób, nie daję ponieść się euforii, z żelazna konsekwencją realizuję plan, nawet strat wynikające z postojów nie odrabiiam jakimś szaleńczym pościgiem, stwierdzam na to jest rezerwa prawie 40 min wg planu.
Około 20 km jest na dwupasmówce „zawleczka” albo „agrafka”, wtedy widzę pierwszy raz Gabę, doganiam ją na mniej więcej na 26 km, krzyczę do niej szczęśliwy ” moja Ty muzo”, słyszę od niej w odpowiedzi: „Tytus , nie ciesz się za wcześnie, jeszcze dużo przed Tobą”  Zastanawiam się, kiedy przerwać Galloweya i przejść do ciągłego biegu, na pierwszym okrążeniu przyjąłem, że może to być na ul. Browarnej, gdy do końca pozostanie około 10 km.
Mijam coraz więcej osób, wielu z nich zatrzymuje się rozciągając mięśnie, likwidując skurcze, jest to dla mnie ostrzeżenie, tym bardziej, że czuję ból mięśni ud i pieczenie w stopie, co prawda to czego się najbardziej się obawiałem, czyli ból prawego kolana, nie występuje. Kondycyjnie jest wszystko Ok, podbieg na ul Browarnej nie stwarza mi najmniejszych problemów ale nie rezygnuję z przedostatniego 2 minutowego marszu, mimo, że z szybkich wyliczeń wiem, że mogę złamać netto 5 godzin. Ostatnie półgodziny to ciągły bieg , bez 2 minutowej przerwy na marsz, 1,5 km przed metą dochodzę Borówę, z wyników wiem ,że na 30 km wyprzedzała mnie o ponad 16 minut, krótko dotrzymuje mi kroku ale ja mam jeszcze duży zapas sił, jest z górki biegnę coraz szybciej, mijam kolejnych biegaczy, ostatnie sto metrów, widzę zegar odliczający czas brutto, 5 godzin zbliża sie nieubłaganie, kilka metrów przed metą wyświetla się 5:00:00. Brakło 7 sekund aby brutto było poniżej 5 godzin! Ale liczy się czas netto, czyli czas od momentu minięcia przeze mnie linii startu a przy prawie 3 tysiącach biegaczy zajęło mi to ponad półtorej minuty.
4:58:34 to mój aktualny rekord w Maratonie, taki jest przywilej debiutu, wynik jest rekordem.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS