RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2008

maraton poznański za dwa tygodnie

28 wrz

ostatnio biegam regularnie około 70 km tygodniowo, jest to podobno wystarczająca zaprawa przed maratonem, ale…., właśnie jest jedno ale, na treningu nie przebiegłem jednorazowo wiecej niż 14 km, zdarzały mi sie dni gdy biegłem dwa razy i w sumie było to grubo więcej  , np wczoraj przebiegłem na zawodach w Mikołowie ponad 10 km ( prawdopodobnie 10,67 km) i popołudniu 8,6 km.
Wracając do biegu mikołowskiego, właśnie wczoraj uzmysłowiłem sobie dobitnie miejsce gdzie jestem. Jak startuję w masówce, to jest wystarczająca ilość osób słabszych ode mnie, abym był podbudowany- jaki to jestem dobry, a jak wystartuję w takich mini biegach jak w Piekarach czy właśnie w Mikołowie gdzie ilość biegnących jest poniżej dwustu, to wychodzi szydło z worka. Praktycznie zaraz po starcie zajmuję miejsce zgodnie z barwą koszulki, w której z reguły biegam, tzn barwy czerwonej latarni. W Piekarach mniej wiecej po kilometrze wyprzedziłem dwie dziewczyny, a wczoraj miejsce za mną na starcie obsadził najstarszy uczestnik biegu, wstyd byłby mu je zabrać, w związku z tym trochę przyspieszyłem i wyprzedziłem jeszcze jedną osobę  (kobietę a może dziewczynę), potem do 8 km biegłem mniej więcej 100 m za dwójka biegaczy. Na 8 km przyspieszyłem i udało mi się wyprzedzić trzy osoby, znów mogę powiedzieć, że za mało ufam w swoje siły, bo na mecie mam ich spory zapas, ale póki co wolę taki efekt, niż to co mnie spotkało w Skarżysku-Kamiennej, gdzie ze względu na złe rozłożenie sił na metę wbiegłem na zupełnie sztywnych nogach.
W najbliższy łykend bieg w Krakowie, a potem bieganie do środy, I SPOKÓJ.  W sobotę pasta-party a w niedzielę debiut w Maratonie.
 PS. Stanisław, a 18 lub 19 października wybieram sie w Tatry, będzie piękna polska jesień

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

bez tytułu

23 wrz

W poprzedni łykend wypełniłem plan w  50%, byłem tylko w Tatrach, zrobiliśmy w składzie Stanisław, Agata i ja rundkę dookoła doliny Rohackiej. Jak się potem okazało był to ostatni dzień,  z punktu widzenia przeciętnego turysty, przyzwoitej pogody. Dla Agaty była to praktycznie pierwsza, poważna tatrzańska wyprawa, była co prawda wcześniej na Rysach, Krywaniu czy Kozim Wierchu, ale tamte wyprawy były zdecydowanie łatwiejsze technicznie, praktycznie bez łańcuchów. Przejście przez Rohacz Ostry dało jej obraz jak wyglądają trasy wysokogórskie.
To było w sobotę, a w niedzielę miałem zamiar jechać na dychę Newagu w Nowym Sączu, najpierw umówiłem sie ze Straszkiem z Krakowa na wspólną jazdę do NS ale ostatecznie umówiłem się z innym Stanisławem, mieszkającym parę kilometrów ode mnie, odpadała mi w ten sposób jazda do Krakowa, oszczędzałem ( tam i z powrotem) prawie sto kilometrów. Niestety Stasiu wystawił mnie do wiatru, w sobotę wieczorem zadzwonił, że z powodów rodzinnych nie może jechać. A jak okazało się pojechał do Wadowic na Bieg Powsinogi, z którego ja wcześniej zrezygnowałem, cóż tak bywa.
A ostatnia niedziela?
Bieg w Katowicach, doskonale zorganizowany, nawet pogoda częściowo się do tego  dopasowała, praktycznie na czas rozgrzewki i biegu przestało padać. Dla mnie ten Półmaraton tj bieg na 21.097 km skończył się rewelacyjnie, chciałem złamać 2 godz 15 min czyli poprawić najlepszy swój wynik o ponad 10 min. I udało się!
Poprzedni półmaraton w Skarżysku-Kamiennej nie udał mi się, choć poprawiłem wtedy rekord życiowy o ponad 6 minut, jak wielu źle rozłożyłem siły i ostatnie kółko było tragiczne, te 7 km bardziej przypominało marszobieg niż bieg.
A w Katowicach odwrotnie, to inni gorzej rozłożyli siły, na ostatnim okrążeniu wyprzedziłem 33 osoby, i gdybym miał większe zaufanie do swoich możliwości efekt mógłby być jeszcze lepszy.
A dalsze plany?
Mam nadzieję, że pójdę jeszcze w Tatry, choć najprawdopodobniej tatrzański wypad w najbliższą sobotę odpadnie. A nie byłem jeszcze w tym roku na Rysach, odwiedzanych przeze mnie corocznie, dwa lata temu zaliczyłem Rysy w październiku, może tak będzie i w tym roku?
Czeka na mnie największe tegoroczne wyzwanie, Poznański Maraton. Boję się, że mam za małe wybieganie i zabraknie mi sił. Bedę biegł metodą Galloway’a, tzn naprzemiennie bieg i szybki marsz, nie mam doświadczenia w tym zakresie, jaki przyjąć moduł, czy tak jak czynił to Galloway ok 4,5 min biegu i 30 sek marszu, czy tak jak czyni to większość około 2 km biegu i 1,5 do 2 min marszu?  Na zastanawianie i próbowanie mam 19 dni, na realizację 5 godzin. Tak 5 godzin , taki cel maximum sobie wyznaczyłem , bo przecież minimalny cel to ukończenie w limicie 6 godzin. A realnie? Gdzieś w środku między min a max. I tak być musi!!!!!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

cóż

09 wrz

Przed chwilą dowiedziałem sie, że wyglądam jak bandzior z amerykańskiego filmu, co prawda jest to opinia kilkunastoletniej dziewczyny wyrobiona na podstawie kilku zdjęć, ale jest. I chyba sprawiła mi przyjemność, być bandytą to chyba lepiej niż pierdołą?
Tydzień ostatni dał mi popalić i psychicznie i fizycznie. Zmęczenie fizyczne sprawia mi przyjemność, szybko się regeneruję i sprawność wraca szybko do poprzedniego a być może wyższego poziomu. Ostatnio źle znoszę zmęczenie psychiczne, nawet porównałem swój stan emocjonalny do szklanki pełnej wody, z menniskiem wypukłym, przyjmuje taka szklanka jeszcze krople ale nie wiadomo która dopełni i przeleje. Ja na szczęście jeszcze nie dostałem tej ostatniej kropli, nie wiem co się wtedy stanie. 
W łykend zaliczyłem dwa biegi, sobota 15 km w Oświęcimiu a w niedzielę 13,6 na trasie Smocza Jama pod Wawelem do Piekar. Upał był niesamowity, sobota nagrzany asfalt, niedziela duchota przerwana słabiutka bryzą w okolicach wodociągów na Bielanach.
Ale dałem radę. Dobiegłem.
Grono przyjaciół poszerzyło się, mam znajomości w różnych stronach Polski.
W sobotę definitywnie ze Stanisławem jedziemy w Tatry, był wariant Słowackiego Raju ale ze względu na zmniejszające sie grono uczestników wyjazdu pozostaną Tatry.
Niedziela- tu dylemat zgłosiłem się na bieg Powsinogi w Wadwicach, ale zapraszają mnie na nowosądecka dychę, którą organizują ci sami ludzie co maraton Visehrad- Rytro, a podobno jest perfekcyjnie zorganizowany. Jest różnica 120 km w jedną stronę, pozostaje postawić na szali kieszeń i atrakcje, co przeważy? To bedę wiedział w piątek, kiedy podejmę ostateczną decyzję.
 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS