RSS
 

Archiwum - Lipiec, 2008

Szanowny Panie Maćku

31 lip

Muszę tak zacząć mój nowy wpis, bo mam wrażenie Maćku jakobyś powoli zapominał, że jest taki śmieszny facio jak ja. Może jestem zarozumiały? Nie smieszny ale komiczny? a może jeszcze gorzej?
Jak tam plany wakacyjne? Jedziecie gdzieś razem z Ewą i Niunią? A może wiatr zapędzi Was na południe i odwiedzicie moje ponad siedemsetletnie miasto?
W ostatni łykend ( podoba mi się to określenie, a sanatorium to dopiero łykend nie?) szkoliłem sie co nie co, ale coby mi ciało nie zgnuśniało wystartowałem w jubileuszowym biegu papieskim w Gdowie. A tam dopiero były jaja, jakiś żartowniś przestawił „szlaban” o 90 stopni i uczestnicy biegu poszli w las , no dokładniej w pola, efekt? Prawie każdy biegł swoją trasą, ja zamiast 8 z hakiem przebiegłem ponad 11 km, a wiem stąd, że biegam z GPS-em, tak się zmodernizowałem.
A w sobotę wystartuję w Jaworznie na 15 km, mam nadzieję, że zmieszczę sie w limicie , w tamtym roku miałem czas o 5 min lepszy niż limit, ale wydaje mi się, że miałem jednak lepszą kondycję ( i kolano mi nie dokuczało, tak bocznymi furtkami daje znać o sobie nieszczęsny wypadek) .
A niedziela? Wybieram sie w Beskidy, znajoma para która mnie „przygarnie” zaplanowała wyjście na Luboń Wielki, a więc nie Turbacz czy Śnieżnica a Beskid Wyspowy. A na marginesie minęło kupę lat od mojego ostatniego tam pobytu, niestety więcej niż od matury, bo byłem tam w szkole średniej. A schronisko to słynęło z trzech atrakcji, z tego co wiem została tylko jedna, ta autentyczna, sypialnia ma okna na 4 strony świata, tak całe 1 piętro to jeden pokój z oknami na wszystkie strony świata. Nowy dzierżawca podobno zlikwidował ostatnia sławojkę w obiekcie PTTK-owskim i umywalnia jest też podobno ucywilizowana iczynna cały rok. W zimie nikt nie mył się na świeżym powietrzu i z czystym sumieniem szło się „zapoconym” spać, nie było innego wyjscia.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

powrót w Tatry

15 lip

Sobota mniej więcej ósma rano zatrzymujemy się na parkingu w Trzech Źródełkach, jest nas szóstka, zapowiadał się liczniejszy udział, ale dobrze jest. Wolno ale systematycznie wspinamy się do góry, prawie przed samą Przehybą pierwsza sesja- ukazuje się kozica, chyba stary cap, nie zwraca wogóle na nas uwagi, kilkunastu turystów zawzięcie fotografuje, ja robię kilka zdjęć, część jest dobra. Krótka przerwa na posiłek, za chwilę jesteśmy na rozstaju pod Krywaniem, tam dzielimy się, Janinka z Tomkiem postanowili wracać, pozostała czwórka czyli Ja, Marek, jego syn Mateusz i Darek, idzie dalej, ja człapię ostatni, tuż nad Daxnerową Przełęczą dochodzę do Marka,dłuższą  chwilę odpoczywamy, następna sesja fotograficzna, i decyzja- idziemy dalej, Na szczycie spotykamy pozostałą dwójkę, podziwiamy przez chwilę przepiękne panoramki, strzelamy zdjęcia, ja o dziwo daję sobie zrobić, a nie lubię być fotografowany. Schodzimy, na rozstaju rosdzielamy się, Marek wraca tą samą trasą, musi iść po samochód, a my idziemy do Szczyrbskiego plesa, trasa jest monotonna, dłuży się coraz bardziej, po 9 godzinach marszu mam już dość, zaczynam mieć problemy z prawym kolanem, udaje mi się dotrzymać w miarę dobrej formie do końca, Jestem zadowolony, odprężyłem sie psychicznie a tego najbardziej potrzebowałem.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

i co dalej

09 lip

miałem zamiar wykasować wczorajszą notkę, były zbyt silne emocje aby pisać normalnie, i tak jestem grafomanem, pewnie za parę dni wszystko wykasuję

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

osiwiałem

08 lip

Umarł człowiek- Ludwik D., powiesił się. Zrobił to w sobotę, w niedzielę skończyłby 79 lat.Subiektynie nie mam nic sobie do zarzucenia. Jednak myślę, że ON całą winę przypisuje mnie.
Sobota mniej więcej godzina pierwsza.
 Ludwik po trzech tygodniach nieobecności wraca. Jest w domu.
Moja córka a jego wnuczka jedzie z nim na zakupy, kupują różne rzeczy, kiełbasę na grilla, piwo, Ludwik liczy osoby do piwa, uwzględnia mnie. Wcześniej, po trzytygodniowej nieobecności w domu wręcza prezenty, wszyscy dostają. W pewnym momencie pyta córki Krystyny, czy może iść do przyjaciół, wędkarzy.
Dlaczego nie, idź Tato.
Po dłuższej chwili wraca, wypił z nimi co nieco, nie wiadomo ile. Obchodzi dom, znajduje pierwszy element do konfliktu,
Ja zbierałem deszczówkę, kto ją wylał?
Zaczyna się, wszystko jest źle.
Ja przyjeżdżam około osiemnastej. Zastaję Ludwika i  jego syna Andrzeja i córkę Krystynę w trakcie ostrej wymiany zdań, słyszę wypominanie przeszłości, Krystyna daje mi znać abym nie podchodził. Mija kilka minut może kilkanaście, przychodzi Leszek mąż Krystyny, stwierdza zadowolony, że po dłuższej wymianie zdań Ludwik jest OK, można się z nim dogadać, jest skłonny do kompromisu, trzeba tylko uzgodnić szczegóły. Mija kilka może kilkanaście minut, Ludwik miał przyjść, aby skończyć rozmowę, zaczyna szczekać pies, ja wychodzę, wypuszczam psa. Momentalnie wychodzi Halina, pyta
-Dlaczego wypuściłeś psa, chcesz zdenerwować Ludwika?
Ukazuje się Leszek, szuka Ludwilka, wychodzi Kasia i Mateusz , bez słowa wsiadają do samochodu, jadą nad stawm jak później stwierdzają pojechali szukać dziadka, czy nie poszedł się utopić w stawie.
Nagle pojawia się Andrzej, syn Ludwika- krzyczy
Powiesił się!
Lecę do telefonu, razem z Iwonką , wnuczką Ludwika.
Dzwonimy na 112, tam nas olewają, dodzwaniamy sie do pogotowia ratunkowego, informujemy co i jak, uzgadniamy, że czekam na głównej drodze przez wieś.
Mija kilka minut dochodzę do głównej drogi, za moment mija mnie radiowóz policyjny, jadą na miejsce tragedii.
Pogotowie pojawia się za kilkanaście minut. pokazuję im drog, wracam do domu.
Jestem na miejscu, jest już po wszystkim. wypisany akt zgonu. policjanci kończą swoją pracę, prokurator pozwala wydać ciało rodzinie.
Zostawiają nas, całą rodzinę Ludwika samych.
Ludwik powiesił się na strychu.
Nie przypuszczałem, że mój sprzęt taternicki może być wykorzystany do ściągnięcia wisielca na dół.
Ściągamy Go wykorzystując dwie lonże.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Trzęsienie ziemi

01 lip

Na marginesie pewnego wydarzenia zacząłem się zastanawiać jak funkcjonuje mózg, i wyobraziłem sobie taki obrazek jak np. w archiwum IPN, pełno komórek i taki mały facecik „zapieprza” z bitami informacji i upycha je po pustych półkach czy komórkach. A jak się uczymy to dzieje się podobnie jak z defragmentacją dysku w komputerach, informacje powtarzane podczas procesu nauki układają się w jakiś sensowny ciąg . Natomiast jestem przekonany, że gdzieś tam w zakamarkach siedzą prawie wszystkie informacje jakie kiedykolwiek dotarły do naszego mózgu. Chory na Alzheimera, po zburzeniu przez chorobę komórek gdzie są nowsze informacje pamięta przecież doskonale zdarzenia dawniejsze. Czasami zbieg okoliczności, sytuacja czy jakikolwiek trudny do określenia bodziec powoduje, że przypominamy sobie fakty czy zdarzenia jakie nas kiedyś spotkały.

Pewnego dnia obudziłem się w nocy z przerażeniem, że wali się budynek w którym mieszkałem, widziałem popękane ściany.

Czyżby delirium tremens?

Nie, nie piłem.

Po raz drugi odezwała się głęboka trauma spowodowana trzęsieniem ziemi, mimo że minęło bardzo dużo lat od tamtego faktu. Pierwszy raz odezwała się kilkanaście dni po tych przeżyciach, gdy wróciłem do Polski. Mieszkałem wtedy koło linii tramwajowej, jeździły jeszcze wtedy nocne tramwaje, takie starego typu od których wszystko w okolicy się trzęsło. I taki grat przejechał obok bloku a ja obudziłem się na klatce schodowej, uciekałem przez sen. Tak trzęsienie ziemi przeorało mi podświadomość.

Było to w latach bezchmurnych ale durnych, gdzie jedynym problemem był brak kasy. Teraz już wiem , że to problem każdego pokolenia. Wyjechałem służbowo do Związku Radzieckiego a dokładniej do Uzbekistanu., byłem szefem komisji zagranicznej w Radzie Uczelnianej na AGH, podpisywaliśmy umowę o wymianie studentów na wakacje. Pobyt w Taszkiencie nam się trochę przedłużył, miałem tam trochę przyjaciół poznanych wcześniej w Krakowie, odwiedziny , imprezy , jeden z nich zaprosił naszą polską delegację na swoje wesele, mogłem porównać więc polskie z muzłumańskim.

Na koniec pojechaliśmy na wycieczkę Chiwa – Buchara –Samarkanda, wyjazd poprzedzony był wielkim pijaństwem.

Przewodnik Uług-bek obudził nas skoro świt, gdy jeszcze nasz stan był bliski nieważkości. Pojechaliśmy taksówką na lotnisko, krótki lot An-24 na trasie Taszkient- Urgencz, tam nasze organizmy zdecydowanie zaprotestowały. W ówczesnych czasach dla obcokrajowców były specjalne poczekalnie i właśnie w takiej położonej na pierwszym piętrze budynku portu lotniczego dochodziłem do siebie.

Śpię, rozwalony na krześle, tył głowy oparty o ścianę.

Nagle budzę się, ktoś bije mnie po głowie, teraz wiem, że to podłoga tak się kołysała, że ja sam biłem głową o ścianę. Otwieram oczy, naprzeciw mnie są drzwi do toalety, otwierają się z hukiem , ukazuje się steward Uzbek ze spodniami w garści i krzyczy do mnie przeraźliwie:

Uciekaj, trzęsienie ziemi!!!

Zachowuję się jak automat, biegnę za nim , wybiegamy z pomieszczeń poczekalni, parę kroków w prawo, w lewo na schody i schodami wzdłuż szklanej ściany na dół ,i w prawo do wyjścia

Największe przerażenie budzi jednak we mnie widok nieba nad głową. Tak. Nie widzę sufitu a niebo!

Cały czas słyszę dudnienie i dziwny odgłos, potem podobny słyszałem jak pracowałem na budowie- taki odgłos wydaje blacha którą wygina się na wszystkie strony.

Biegnąc po schodach widzę pusty hol kasowy, wszystkie kasy pootwierane, myślę, że tak zachowałby się każdy, życie a nie pieniądze jest najważniejsze.

Jesteśmy na zewnątrz, odgłosy są coraz słabsze.
Za chwilę na horyzoncie widzimy gejzer ognia, to pęka gazociąg w Gazli. Wchodzimy z powrotem do budynku, mija kilka minut spokoju. Znów zaczynają szyby brzęczeć i potworny huk bije nas w uszy. Uciekamy w panice na zewnątrz. Chwila zastanowienia, ten huk to fala uderzeniowa potężnego wybuchu jaki widzieliśmy przed kilkoma minutami.

Zdziwiony stwierdzam, że głębokie upojenie alkoholowe w jakim byłem jeszcze kilkanaście minut wcześniej minęło bez śladu, niestety jak mówią Rosjanie na południu, nieftianyj dień mnie nie ominął.

Ślady trzęsienia ziemi będziemy widzieć prawie przez całą wycieczkę , zarówno w Chiwie jak i w Bucharze, szczególnie dużo ich będzie w bucharskim Arku – siedzibie chanów bucharskich.
W czasie zwiedzania Chiwy kupuję sobie olbrzymią turkmeńską czapę,  baranicę, ponieważ mam brodę i wąsy wyglądam prawie jak miejscowy Turkmen, odróżniam sie tylko strojem, gdybym ubrał „chałat” byłbym prawie jak miejscowy. Mamy przy sobie foldery Krakowiaków, takiego zespołu pieśni i tańca z AGH, jest tam zdjęcie Lajkonika. Odkrywamy, że miejscowi biorą mnie za Lajkonika, od tej pory ja i ten folder otwierają przed nami wszystkie drzwi, możemy załatwić prawie wszystko.Kto zna realia tamtych czasów wie, że załatwienie noclegu bez wizy na dane miasto było w praktyce niemożliwe a nam się to udało 
Na noc zatrzymujemy się w hotelu Buchara w Bucharze, mam szczęście , wpadam w oko rudowłosej Rosjance pracującej jako etażnaja .

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS