RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2008

zapiski (od czasu do czasu)

28 sty

Tak jakoś wyszło, że przez ponad tydzień nie zaglądałem na „blogowisko” a poza tym nie chcę aby moje pisanie sprawiało wrażenie dyżurnych polemik. Jestem przekonany, że jeszcze wielokrotnie wezmę udział w debatach zainicjowanych przez redakcję
No cóż, nie wiem czy moim czytelnikom sprawi to przyjemność ale postanowiłem już jakiś czas temu pozbierać zapiski z różnych miejsc , poprawić je przede wszystkim tak aby sprawiały wrażenie „jednorodnej” całości no i oczywiście usunąć  błędy gramatyczne, interpunkcyjne no i o zgrozo przytrafiające się też ortograficzne. 
Wersja papierowa „Wypadku pod Wysoką” już istnieje. Może będzie to zarozumialstwem z mojej strony ale jak do tej pory spotyka się ze zdecydowanie pozytywnym przyjęciem. Gdyby udało mi się na tym poziomie dopracować resztę, to mógłby ukazać się tomik opowiadań i to ”O zgrozo” jakby powiedziała moja nauczycielka języka polskiego, jest moim celem.
Kilka uwag na temat mojej rehabilitacji.
Jest postęp, mogę ćwiczyć już w miarę ostro, dr Marcin pozwolił mi nawet biegać:
-No dobrze biegaj, tylko żeby ta ręka za bardzo Ci nie dyndała.
-Ok, będę sie starał.
Co prawda prawidlowo ręka powinna trochę dyndać ale wielu biegaczy ma nieprawidłowo ułożone ręce, podkurczone. I tak będę biegać. Lepiej tak niż wcale.
Byłem w końcu na Komisji ZUS i zostałem zakwalifikowany do sanatorium, znając jednak złośliwość losu dostanę pewnie cos nad morzem. Ale trudno, darowanemu koniowi w zęby sie nie zagląda. A może będzie fart i dostanie mi sie Krynica albo Muszyna?
Pracuję szczególnie nad barkiem, wykonuje ćwiczenia przekraczając znacznie granicę bólu, jeszcze niedawno podniesienie prawej ręki na wysokość głowy było niemożliwe, a wczoraj co prawda przesadą byłoby stwierdzenie, że umyłem głowę prawą ręką, ale nie minął bym się z prawda gdybym powiedział, że przy dużym jej udziale.
Może najbardziej optymistyczny wariant zakładający ubranie nart (i skorzystanie z nich) w tym sezonie jest realny. Bardzo bym chciał

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

wypadek pod Wysoką – co dalej?

09 sty

-W góry to już nie pójdziesz? Przynajmniej tak wysoko-Pytano mnie wielokrotnie.
odpowiadałem zawsze: Tatry to nałóg i to NIEULECZALNY. A nawet gdyby był uleczalny, to z nałogu aby wyjść trzeba chcieć, a ja tego nie chcę. Będę tam lazł gdy tylko dojdę do siebie.
 Przede wszystkim muszę pójść pod Wysoką, tam gdzie poleciałem i na spokojnie ocenić sytuację. Jeśli popełniłem radykalny błąd w ocenie zagrożenia, to będę musiał zrewidować częściowo swój stosunek do turystyki wysokogórskiej. Myślę, że nie zmienię swojego podejścia do gór, jeśli był to tylko nieszczęśliwy wypadek, który potrafi przytrafić się nie tylko mnie ale też DUŻO LEPSZYM I BARDZIEJ DOŚWIADCZONYM ode mnie.
A w Tatrach już byłem, piszę w Tatrach a nie w górach, bo zaliczyłem spacerek do schroniska w dolinie Kościeliskiej. Odetchnąłem świeżym powietrzem, zmieniłem otoczenie, a zależało mi przede wszystkim na oderwaniu się od codzienności, zapomnieniu o śmierci, która zabrała nam niedawno kogoś z najbliższej rodziny.
Największy wpływ na mój stosunek do gór ma rehabilitacja. W listopadzie cieszyłem sie jak dziecko:
-zjadłem jogurt prawą ręką!
-całą zupę!-cieszyłem się tydzień później.
Na początku listopada złożyłem w ZUS-ie wniosek o skierowanie do sanatorium w ramach profilaktyki przedrentowej, do dzisiaj cisza. No prawie cisza, bo z jednej strony ZUS płaci mi zasiłek chorobowy, a z drugiej pewnego dnia dzwoni pani z Oddziału ZUS informując mnie, że mój wniosek został rozpatrzony negatywnie bo nie jestem objęty ubezpieczeniem. Rzadko mi się zdarza abym zapomniał języka w gębie, a tym razem mnie to dopadło, taki szok. To co powtarzałem, że te sanatoria są po to aby wyeliminować „udawaczy” na lewych zwolnieniach chyba się potwierdza- jako ten, który powinien skorzystać z tej możliwości mam marne szanse.
Przez pogrzeb, Święta zaniedbałem trochę ćwiczenia i nastąpił mały regres, staram się teraz przezwyciężyć te zaniedbania.
Wczoraj rano chciałem przeciąć kartkę papieru a dłoń odmówiła mi posłuszeństwa- nacisnąć nożyczki mogłem natomiast nie byłem w stanie rozewrzeć palców, zawziąłem się, poćwiczyłem i wieczorem już pociąłem całą gazetę. Aktualnie największe problemy mam z barkiem, staw ten wymaga pilnej rehabilitacji, ćwiczenia które robię są chyba zbyt delikatne .
Zresztą dla mnie wszystko jest zbyt wolne, przychodzę do lekarza i mówię:
-Panie doktorze, tragicznie, prawie nic nie posuwa sie naprzód,
-Proszę podnieść rękę, wyprostować w łokciu, poruszać dłonią- słyszę jeszce kilka takich poleceń ,
wykonuję to posłusznie, i w odpowiedzi słyszę:
-super, cieszę się bardzo, jest bardzo dobrze, rewelacyjne postępy-
a ja się zastanawiam, czy tak jest naprawdę? Ale dlaczego miałby mnie cyganić? Przecież to nie on robił operację i nie ma powodów aby „koloryzować” rzeczywistość.
Od pewnego czasu piszę prawą ręką, pismo coraz bardziej przypomina to sprzed wypadku, przy klawiaturze też używam obu rak,ale alt jak przystało przyciskam prawa dłonią i dlatego jeszcze dość często zamiast ę, ą, ł jest e, a, l, ale myślę, że coraz rzadziej.
 Jeżdżę samochodem, czasami mam problemy i nie chciałbym aby ten blog stał się powodem do zatrzymania mi prawa jazdy.
Najpierw używałem praktycznie tylko lewej ręki, nawet biegi zmieniałem przeważnie lewą ręką. Piątki praktycznie nie używam, jedynka i trójka wchodzi mi bez problemu bo potrzeba nacisnąć, gorzej jest z dwójką i czwórką ale radzę sobie. Najgorzej jest na rondach, tych nowych, malutkich, gdzie muszę zdecydowanie zwolnić aby zrobić najpierw w prawo, potem po łuku w lewo i na wyjazd w prawo. I chyba nie jest źle, bo koleżanka, która często za mną jeździ, po pierwsze nie boi się jeździć a po drugie stwierdziła-
Leszek- ty jedną ręką sobie lepiej radzisz niż ja dwoma.
I tym optymistycznym akcentem kończę zapiski dotyczące mojego wypadku. Niewątpliwie nawiążę do tego opisując pobyt na kuracji w sanatorium.  

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

wypadek pod Wysoką-epilog

03 sty

Prawda o moim stanie docierała do mnie stopniowo.
Nie mogłem kaszleć, wstać z łóżka. Aparat fotograficzny noszony przeze mnie na klatce piersiowej, utwierdzony dodatkowo na swoim miejscu pasem piersiowym plecaka narozrabiał. Oj narozrabiał tak porządnie, że ból w potłuczonych żebrach przestał dokuczać mi dopiero po ponad dwóch miesiącach. Tak właśnie dopiero w końcu listopada mogłem śmiać się swobodnie bez powalającego uczucia bólu. Nie liczyłem ran i zadrapań na ciele, było ich sporo, a jak było ich dużo niech świadczy fakt, że w spodniach naliczono 6 dziur a przecież wiele ran mogło być zrobionych przez spodnie bo spodnie były cieniutkie, bardzo cieniutkie.
O tym jak przed operacją wyglądało moje ramię  dowiedziałem się pośrednio z opisu w karcie wypisowej ze szpitala, również ze zdjęć zrobionych już w klinice uniwersyteckiej w Krakowie, kość ramienna normalnie zaczynająca sie w łokciu a kończąca się w panewce stawu barkowego zaczynała i kończyła się jak zawsze, ale środek pozwalał sobie na eksperymenty. Trzy kawałki postanowiły się przespacerować a fachowo nazywa się to przemieszczeniem, ale co bym sie za bardzo nie cieszył to główka umieszczona w panewce barku też postanowiła się rozerwać…..   na dwa kawałki, a mniejszy postanowił wyruszyć na spacer. Te sześć, jak ktoś dobrze policzył kawałków, chirurg Zdeno Szabo z Oddelenie urazovej a rekonštrukčnej chirurgie w czasie operacji połączył w jeden kawałek jak przystało na kość ramieniową. A co by to cholerstwo nie chciało powtórnie pobrykać wsadził pręt prawdopodobnie platynowy i całość do tego prętu skręcił 9-cioma śrubami. Wczoraj dowiedziałem się od prowadzącego mnie dr Marcina, że w marcu bądź kwietniu będą mnie odzłomiać. Zastanawiam się, czy się na to zdecydować, bo przecież z tym kawałkiem platyny jestem coś więcej wart, nieprawdaż?
Bezpośrednio po wypadku miałem porażony nerw promieniowy, teraz mam ograniczone jego funkcje, w „ograniczony” sposób zachowuje sie też nerw łokciowy?. odpowiadający na mały palec w prawej dłoni.
Jedno co mogę powiedzieć, blizna po operacji od łokcia do góry ramienia! zrosła sie rewelacyjnie, przynajmniej jedna trzecia prawie zanikła a reszta wygląda bardzo dobrze. To co powiedział mi Ordynator Karol Fried, że Oni wykonują piękne operacje być może staje sie faktem. Może nie wyposażenie szpitala a talent i umiejętności ludzi będzie w tym przypadku decydujące?
Wypadek pokazał mi, że w wielu elementach, a być może w każdym elemencie stroju zalecanego do ekstemalnej turystyki wysokogórskiej, umieczczone jest wieloletnie doświadczenie użytkowników. Dlaczego spodnie mają być z solidnego materiału i na szelkach? Moje bardzo wygodne, lekkie spodnie  zaczepiając sie o skały targały się jak gaza, było sześć „dziur”, a solidne wykonane z porządnego materiału może na pierwszej skale zamiast roztargać się zatrzymałyby mnie? A szelki? Jak się zatrzymałem, miałem pewną część ciała „na wierzchu”, jeszcze trochę, a spodnie zostałyby całkowicie ze mnie zdjęte. A gdybym miał spodnie na szelkach jak prawie każdy profesionalny model ? Spodnie zostałyby na swoim miejscu. Porządny plecak jaki miałem przymocowany pasami biodrowym i piersiowym został na swoim miejscu chroniąc plecy i kręgosłup.
Ból fizyczny jest do zniesienia, ja środki przeciwbólowe zażywałem tylkoprzez pięć dni, po wyjściu ze szpitala przestałem łykać. Najpierw chciałem sie przekonać, co rzeczywiście mnie boli, potem jak okazało się, że mogę żyć bez srodków przeciwbólowych to nie wróciłem do nich. Co prawda Halina mniej więcej po miesiącu stwierdziła, -jest już chyba dobrze bo nie jęczysz w nocy- świadczyłoby o tym ,że bolało ale byłem w stanie nad tym zapanować.
Gorsza jest psychika. Cżęsto w nocy lecę i nie zatrzymuję się, albo uderzam o skałę nie kaskiem a twarzą. Budzę się. Ale lecę dalej. Dzieje się to coraz rzadziej. Może zaniknie.
Na ostateczne podsumowanie i wyciągnięcie wniosków jest jeszcze czas, rehabilitacja potrwa jakiś czas, mam nadzieję, że przywróci mi sprawność w prawym ramiemiu. Z nart w tym sezonie najprawdopodobniej nici, szykuję się w Dolomity na via ferraty na wrzesień, mam małą nadzieję, że uda mi się na przełomie czerwca i lipca pojechać na Grossglocknera.
Na razie tyję i marzę 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS