RSS
 

jak to jest?

25 gru

Jak wskazuje nazwa mojego blogu jestem maniakiem Tatr.
22 września 2007 roku wydarzyło się się coś co miało i będzie mieć wpływ na moje życie.
Wychodziłem na Wysoką, łatwą trasą którą przebyłem już ..dzieści lat temu. Szliśmy z doliny Złomisk, przed 12-tą minęliśmy Siarkańską przełęcz i zrobiliśmy sobie krótki odpoczynek. odpoczynek
Wędrowaliśmy we trójkę, Tomek który nas prowadził oraz Altair (Piotr) no i ja. Chwilę przedtem ze względu na różne możliwości fizyczne rozdzieliliśmy się, odległości były niewielkie góra kilkadziesiąt metrów. Altair szedł pierwszy, szlakiem wszedł na Siarkańską Przełęcz nawiasem mówiąc bardzo szeroką, za nim szedł Tomek, za Tomkiem ja. We dwójkę ułatwiliśmy sobie życie wychodząc ponad Siarkańską Przełęcz oszczędzając przynajmniej kilkadziesiąt metrów. Odpoczynek. Jemy. Sesja fotograficzna, druga bo pierwszą mieliśmy na Złomiskowej Równi oczywiście nie licząc zdjęć robionych „w locie”. Za chwilę wyruszamy. Ja z Tomkiem ubieramy kaski, Altair nie ma. Zastanawiamy sie czy założyć raki, teren jest mikstowy jeszcze spory kawalek będziemy musieli przejść to po skale to po śniegu. Rezygnujemy z raków. Tomek wyciąga czekan, ja niestety nie, dalej chcę korzystać z kijków trekingowych.Wyruszamy.
Przechodzimy przez wał kamieni, w zasadzie grzędę będącą granicą żlebu. Wchodzimy na śnieg, pierwszy idzie Tomek drugi Altair ja trzeci,trawersujemy żleb, prawa noga wyżej lewa niżej,  robię DWA KROKI, tylko dwa kroki… ucieka mi lewa noga nie wiem dlaczego, tracę równowagę  , dwa kijki wbijam w śnieg, prawy wbity mocniej wygina się prawie łamiąc pod moim ciężarem, lewy stępiony wbity słabiej zostaje mi w ręce. Mysli jak błyskawice przelatują mi przez głowę, jechać na butach jak na nartach czy upaść na brzuch i hamować kijkiem? Decyduję sie na hamowanie kijkiem, trzymam go wysoko, jest stępiony i zbyt słabo wbijam go w śnieg. Myśl- cholera, dlaczego nie mam czekanu? Krzyczę do kolegów, „pierdolony śnieg, lecę”. Hamowanie jest nieskuteczne, co więcej ponieważ złapałem kijek za wysoko powstaje moment obrotowy i za chwile jestem na plecach. Nie jestem w stanie już skontrolować czegokolwiek. Próbuję hamować nogami, palcami czymkolwiek, płaszczyzna śniegu przez kilka ostatnich dni wygrzewana w dzień przez słońce a w nocy zamrażana zaprasza do coraz szybszego zjazdu. Zjeżdżam, koziołkuję, przerzuca mnie to na brzuch to na plecy, nabieram prędkości, cóż to byłaby za frajda gdybym miał narty na nogach nieprawdaż? Zaczynam obijać się o skały i większe kamienie wystające spod śniegu. Pierwszy próg, przelatuję przez niego. Cholera jasna. Przez głowę przelatuje mi myśl „to już koniec”, za chwilę się roztrzaskam. Można to nazwać rachunkiem sumienia ale przebaczam wszystkim i proszę o przebaczenie. Myślę o dzieciach, mam nadzieję, że są dzielne i poradzą sobie, żona też, Drugi próg. Walę o coś prawą ręką, ale bólu nie czuję. Za chwilę uderzam glową, cud że ubrałem kask, tracę prędkość…….. i ZATRZYMUJĘ SIĘ na małej skałce ledwo co wystającej ze śniegu. Leżę na brzuchu głową w dół , przed oczyma mam prawą rękę trochę dziwnie ułożoną, nie moge jej ruszyć- flak. Sprawdzam lewa ręka Ok, nogi Ok ruszam obydwoma. Próbuję się obrócić, powoli powoli mi sie to udaje. Leżę już głową do góry.Widzę krew, niedobrze. Śnieg staje sie czerwony. Unoszę głowę. Dlaczego ten snieg taki czerwony? Aha centymetrowa rana na środkowym palcu prawej ręki, dość głęboka dlatego tak czerwono. Patrze wyżej. Widzę Altaira i Tomka- schodzą. Krzycze do nich- mam zlamaną prawą rękę, dowiaduję się od nich, że zawaiadomili już Horską Służbę, helikopter ma być do pół godziny. Po chwili dochodzą do mnie. Ktoś z Horskiej dzwoni do Tomka, potwierdza, słyszę jak Tomek mówi, że mam złamaną rękę i leżę poniżej Draciego Szczytu a powyżej Draciego plesa. Chcę zmienić pozycję, Tomek wbija czekan przed moja głową, próbuję się podciągnąć niestety bezskutecznie. Rozpinam pas piersiowy i biodrowy plecaka co pozwoliło zdjąć go, ściągam również aparat fotograficzny, który mam na klatce piersiowej, wyleciały z niego baterie to widzę. któryś z kolegów na moja prośbę wyciąga kurtke z plecaka, mówię w kieszeni napoleońskiej jest telefon zadzwońcie. Do kogo? Do Karoliny, tak jest zapisany nr do Haliny, aparat używany przez Halinę jest po pracownicy Karolinie i nie chciało mi się wcześniej zmienić zapisu, zresztą nie zrobiłem tego do dzisiaj. Tylko powiedźcie, że mam złamaną rękę nic więcej; Halina nie odbiera. Nastepna Kaśka, też nie odbiera. Mateusz również. Po chwili przylatuje helikopter, nie ma możliwości wylądować, odlatuje robiąc krąg i wybierając miejsce do przyziemienia. Wraca, „desantuje” ratownika, ratownik pomaga mi usiąść, schodzę ze skałki, która pozwoliła mi się zatrzymać, obejmowany przez ratownika, tym razem prawdopodobnie ścierpła mi prawa noga i o mało co razem nie lecimy. A trzydzieści parę metrów niżej czyha stroma ściana. Ratownik zmienia decyzję, wsadzi mnie do kosza, rozklada siatkę a wcześniej jeszcze drze sie na moich kolegów, którzy stracili całkowicie energię aby pomogli mu (ratownikowi) odgarnąć trochę śniegu i wypoziomować małą płaszczyznę abym mógł się położyć. Krzyczy-ruszajcie się, chcecie abyśmy zginęli wszyscy? Na przygotowany teren kladzie moją kurtkę, na kurtkę siatkę, na to kładę sie ja, rozciąga siatkę, po chwili jestem w koszu, czuję sie jak karp w siatce. Wcześniej sprawdza czy jestem ubezpieczony, nie rozumiem o jaki certyfikat europejskiego ubezpieczenia pyta. Daję mu portfel z legitymacją Alpenverein, chowa go. Nie pamietam ale chyba jeszcze na ziemi mierzy mi ciśnienie, ponad 140, mówię, że wysokie mam dużo niższe normalnie, on na to ciesz się bo to dobrze, chyba nie masz żadnego krwotoku w srodku. Próbuje jeszcze zrobić mi zastrzyk dożylny, bezskutecznie zresztą do samego Popradu. Startujemy. Jest mi bardzo zimno, uczucie zimna potęguje wiatr ze śmigła helikoptera. Lecimy nad Dracie pleso, tam kładzie mnie na ziemi, po chwili znajduję się na noszach, ląduję w środku helikoptera. Lecimy do Popradu. W którymś momencie, być może jeszcze na ziemi proszę ratownika aby zawieźli mnie do kościoła, słyszę w odpowiedzi-chłopie do kościoła? do karczmy, opij się bo to cud że jesteś,do kościoła wozimy tych , którym już nie można pomóc. Krótki lot. Widzę lądowisko, karetkę. Lądujemy. Przez prawą rękę nie mogą mnie wsadzić do karetki, wyciągają jakieś bety, mieszczę się. Wszystko po to abym przejechał karetką kilkadziesiąt metrów pod drzwi szpitala. Za chwilę jestem na izbie przyjęć.
A co dalej w „nastepnym odcinku” ……..

 
1 komentarz

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. aga

    30 grudnia 2007 o 09:45

    CZEŚĆ,CZYTALAM WSZYSTKIE TWOJE TEKSTY I POMYŚLAŁAM SOBIE,ŻE MOŻE GDY CI OPOWIEM, TO CI TROCHĘ ULŻY…
    SAMA TEZ LUBIŁAM CHODZIĆ PO GÓRACH(HEJ PRZYGODO!),NA PEWNO JAKO DOSWIADCZONY TATERNIK ZDAWAŁES SOBIE SPRAWĘ Z NIEBEZPIECZENSTWA. ALE JEST JESZCZE WYŻSZY POZIOM CIERPIENIA KTÓREGO SIĘ NAWET NIE OPISZE, GDY RODZI CI SIĘ DZIECKO NA WPÓŁ NIEWIDOME, Z PORAŻENIEM MÓZGOWYM, KTÓREMU ODDAŁABYM BEZ WAHANIA SWOJE OKO I CO JESZCZE TYLKO BYŁOBY MOŻLIWE. 3 LATA MORDERCZEJ REHABILITACJI, ZMAGANIA SIĘ ZE SLUŻBA ZDROWIA, PRZYJMOWANIA NA SPLOT SLONECZNY PRZYKRYCH DIAGNOZ POZOSTAWIA W PSYCHICE DUŻY ŚLAD. DZIŚ MÓJ SYN CHODZI OD 5 MIESIĘCY, NIE WIDZI NA JEDNO OKO, I WSZYSTKO WYCHODZI NA TO, ŻE BĘDZIE SOBIE RADZIŁ W ŻYCIU,JEST NIESZMOWICIE POGODNYM DZIECKIEM I TRAKTUJEMY GO JAKO CAŁKOWICIE SPRAWNEGO CZLOWIEKA, ALE-WIERZ MI- PATRZENIE NA KALECTWO WŁASNEGO DZIECKA I NIEPOKÓJ O TO, JAK GO BĘDA TRAKTOWALI INNI, TO CIERPIENIE BEZ DNA I BEZ KOŃCA, JESTEM POGODNA OSOBA, ALE CIERPIENIE WYRYLO WE MNIE PIĘTNO. DZIŚ OTWARCIE MÓWIĘ MOJEMU MĘZOWI,ŻE BĘDĘ DOMAGAŁA SIĘ OD PANA BOGA NA SĄDZIE OSTATECZNYM WYJAŚNIEŃ, DLACZEGO POSTANOWIŁ DOŚWIADCZYĆ MNIE POSŁUGUJĄC SIĘ MOIM SYNEM.PRETENSJE PRZEPLATAJA SIĘ Z WDZIĘCZNOŚCIĄ ZA KAŻDY JEGO POSTĘP,2 RAZY KTOŚ ZAWIÓZL MOJE INTENCJE DO FATIMY( WIERZĘ W OPIEKĘ MATKI BOŻEJ). W PEWNYM SENSIE JESTEŚMY LUDŹMI WYBRANYMI, NASZA WIARA DOJRZEWA POPRZEZ KRYZYS, MAMY SZANSĘ NA STWORZENIE GŁĘBSZEJ RELACJI NIZ TYLKO ODKLEPYWANIE PACIORKÓW I TO JEST WARTOŚCIĄ. MAMY PRZY SOBIE BLISKIE OSOBY I TO JEST WARTOŚCIĄ, NASZE PRZYJAŹNIE MIALY SZANSĘ SPRAWDZIĆ SIĘ W EKSTREMALNYCH WARUNKACH I TO JEST WARTOŚCIĄ, I TO NAS WZNOSI NA SZCZYTY, PONAD INNYCH LUDZI. POZDRAWIAM CIĘ BARDZO GORĄCO. DZIS IDĘ NA KONCERT PIANISTY PIOTRA ANDERSZEWSKIEGO( SPEC OD MOZARTA I BACHA) NA PEWNO POZOSTANIE W MOJEJ PAMIĘCI DO KOŃCA ŻYCIA,ON JEST WYJĄTKOWY, MY JESTEŚMY WYJĄTKOWI, MAMY SZANSĘ SPOTKAĆ SIĘ NA TYM SAMYM KRĘGU NIEBIESKIM( JAK USTALIŁ KIEDYŚ DANTE).

     
 

  • RSS