RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2007

szpital

29 gru

Zimno. Bardzo zimno. Strasznie zimno. Te pięć słów napisałbym gdyby ktoś poprosił mnie abym w kilku słowach opisał swoje pierwsze odczucia po przylocie do szpitala. Kilkadziesiąt minut wcześniej byłem na wysokości prawie 2500 m, gdzie temperatura była kilkanaście stopni niższa niż w szpitalu, miałem na sobie podkoszulek i koszulę z polaru i było mi ciepło, a teraz przykryty dwoma kocami „telepałem” się z zimna. Jedna z sióstr spytała nawet mnie czy wpadłem do wody. Miałem sine usta, cały byłem mokry- to efekt silnego stresu.
Leżałem na ” łóżku-wózku”. Dłuższą chwilę tak jak mnie przywieźli tzn. kask na głowie, prawa reka w prowizorycznej szynie założonej przez ratownika, ubranie i buty na sobie. I dyskusja na temat ubezpieczenia. Gdzie masz kartę europejskiego ubezpieczenia? Takie pytanie zadawano mi wielokrotnie. A ja konsekwentnie-mam ubezpieczenie w Unice tj poprzez Alpenverein i travelkę w Warcie. To ich nie interesowało. W końcu- będziesz musiał zaplacić za lot i szpital. Za lot zapłacę a za szpital nie, bo musicie mnie przewieźć do Polski. Temat się skończył kiedy kategorycznie zażądałem przewiezienia do Polski. W międzyczasie jedna z osób na izbie przyjęć ponieważ telepałem się z zimna przykryła mnie kocem, nie pomogło, znalazł się za chwilę drugi koc, przełożono mnie z wózka na którym byłem na łóżko , a ja dalej sie telepałem. W końcu zdjąłem kask, jedna z sióstr pomogła ściągnąć mi mokre ciuchy, przedtem ściągnąłem buty, lewy but był rozwiązany. Czyżby to było powodem mojego upadku? Rozwiązana sznurówka? Tyle kasy za buty i tak mnie zawiodły?
Zajmować się zaczęły mną trzy osoby- młody lekarz, blondynka i śniada salowa a może siostra. Zaskoczył mnie fakt, że blondynka opatrywała moje rany bez gumowych rękawic co jest nie do pomyślenia w Polsce. Nie robiła tego bezpośrednio dłońmi, tampony trzymała w szczypcach, ale na rękach nie miała rękawiczek a przecież był kontakt z krwią. Młody lekarz zajął się razem z blondi moim środkowym palcem prawej dłoni, zszyli mi ranę. Mówię do blondi- śliczna jesteś! w odpowiedzi otrzymałem uśmiech, taki jakiego dawno nie widziałem. Myślę, że nawet jeśli byłaby brzydka to ten uśmiech odmieniłby wszystko. Młody lekarz szybko ją zgasił- nie słuchaj on upadł na głowę, nie wie co mówi. Nieprawda, zareagowałem-miałem kask na głowie.
Teraz zajęła sie mną „śniada”- pojechaliśmy na rtg, robiliśmy to dwukrotnie ponieważ za pierwszym razem coś nie wyszlo, prawdopodobnie dlatego, że możliwości poruszania czy ustawiania prawego ramienia do zdjęcia miałem ograniczone.
Orientuję się, że jest niedobrze. Przychodzi lekarz mniej wiecej w moim wieku, informuje o konieczności zrobienia operacji.
Ja dalej, -nie zgadzam się i chcę aby przewieźli mnie do Polski.
- Chłopie ja się nie zgadzam- jeśli wyjdziesz ze szpitala to jest pewna amputacja prawej reki- to stwierdzenie lekarza. Ja będę robił operację.
Ja na to- Ale w poniedziałek muszę być w pracy.
Tu nie Insbruck, ale nawet tam za dwa dni nie doprowadzają do sprawności. Kiedy coś jadłeś?
-Po wypadku napiłem się parę łyków wody ale przed wypadkiem zjadłem dwie kanapki.
-Dlaczego, przecież będziesz mieć operację?
Wybucham-do kurwy -nędzy a skąd mogłem o tym wiedzieć?
Mój wybuch trochę zaskoczył lekarza, pokręcił głową coś pomamrotal. W efekcie w czasie prawie sześciu dni mojego pobytu w szpitalu podchodził do mnie z pewna dozą nieśmiałości i raczej unikał kontaktu ze mną.
Skończył się temat mojego ubezpieczenia, powróci on dopiero w poniedzialek, regularnie aż do dostarczenia certyfikatu podnoszony przez starsza siostrę oddziałową Zuzę Gutową. Jak mijała mnie sliczna Zuza na korytarzu- słyszałem: Panie S. poiska jest? Nie wyjdziesz jak jej nie dasz.
Zostałem przewieziony na szóste piętro. Lekarz dał mi jakąś pastylkę, -nie popijaj tylko nabierz śliny i tak połknij.
Od momentu połknięcia pastylki „film” mi sie rwie, krótkie migawki, a najbardziej pamiętam moment na sali operacyjnej, podeszła do mnie przepięknie opalona dziewczyna w zielonym fartuchu jak sie później okazało lekarz anestezjolog. Nachyla sie nade mną, i co widzę? z dekoltu wyłania sie piękna pierś.Chciałem coś powiedzieć i……………….
obudziłem sie na korytarzu, przynajmniej od tego momentu pamietam jakiejś urywki.
Nawet specjalnie chyba nie byłem zdziwiony jak zobaczyłem Halinę . Prosiłem aby poszła do kościoła się pomodlić bo to cud, że żyję.
Trafiliśmy na salę, specjalnie nie pamietam rozmowy.
Przede mną noc. Suszyło mnie przeokropnie. Wielokrotnie na salę wchodziła siostra podając mi poprzez venflon środki przeciwbólowe, za każdym razem prosiłem ją -daj mi się napić. brala szklankę, nalewała z kranu wodę i podawała mi. Prawie natychmiast łapczywie wypijałem.
Siostra ta zasługuje na moją wdzięczność jeszcze z jednego powodu. Mam problemy z żyłami, tzn. trudno mi pobrać krew z żył. Ratownik nie dotarł do moich zył, próbował wszędzie gdzie się dało, chcąc pobudzić żyłę klepał mnie po dłoni, a mnie wszędzie bolało myślałem, że się odwinę. Przed tą siostrą kilka osób próbowało, jednej z sióstr już się udało, założyła-podłączono mi kroplówkę ale na nadgarstku zaczęła sie tworzyć bania. Dopiero ta siostra, która pomagała mi zwalczyć pragnienie założyła venflon dobrze i tak jak powinno być.
Słowacki szpital nazywa się nemocnica i naprawdę tam nic nie mogą. Jedzenie podobnie jak w polskim szpitalu,ponieważ nic sie nie robi, to aby pacjent nie przytył racja jest odpowiednio obliczona. Personelu dużo. Rygor jak w wojsku Ordynator jest KIMŚ.
Wyposażenie chyba jeszcze z czasów komuny. Z lekarstw dostawałem tylko środki przeciwbólowe.
Przyjechałem do szpitala w Popradzie tydzień po wyjściu z niego aby załatwić sprawę mojego zwolnienia lekarskiego z pracy. Wziąłem zdjęcia rtg zrobione na klinice uniwersyteckiej UJ, siostra Zuza zaraz poleciała do Ordynatora. Przyszedł do mnie i powiedział: no tam w Polsce macie piękne zdjęcia ale my robimy piękne operacje. Mam nadzieję, że miał rację. 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jak to jest cd.

28 gru

No właśnie jak to jest , jeden się przewróci na drodze, spadnie z krzesła i jest kaleką przykutym do łóżka do końca życia, inny wyprzedza przed górką, zakrętem i zawsze mu się udaje a inny na prostej drodze zalicza czołówkę? Ja spadłem prawie dwieście metrów i gdybym nie złamał ręki można byłoby powiedzieć, że wyszedłem bez szwanku. Zresztą mniej więcej miesiąc po mnie pod Rysami spadł turysta, leciał podobno 150 m i po opatrzeniu wyszedł ze szpitala. Teraz bywam w przychodniach i widzę ludzi, którzy mieli dużo większe szanse na wyjście bez szwanku niż ja i jeżdżą na wózkach, nigdy nie będą chodzić o własnych siłach.
Jestem dzieckiem szczęścia? Nie. Bo jak byłbym to bym chyba nie spadł.
No właśnie jak to jest? Ja napisałem, że KTOŚ PODŻYROWAŁ MI WEKSEL ŻYCIA. Kolega zaś napisał mi w e-mailu, że pewnie nie wykorzystałem jeszcze kredytu jaki dostalem przy narodzinach. Problem filozoficzny? A dlaczego ja mam go rozwiązać? A może mam przejść do porządku dziennego tak jakby nic się nie stało i żyć dalej?
 A właśnie jak żyć? Tak jak do tej pory? Swobodnie, luźno, bezstresowo? Przynajmniej tak byłem odbierany przez otoczenie.
Dlaczego jeśli do Kościoła chodzę od wielkiego dzwonu tzn. tylko wtedy kiedy wypada-chrzest, 1-komunia, bierzmowanie, pogrzeby to pierwszą moją prośbą jaką miałem do ratownika to taka aby zawiózł mnie do Kościoła? No właśnie dlaczego? Czy tylko dlatego, że jak trwoga to do Boga? Nie wiem. Myślę. I najgorsze jest to, że nie mogę sobie z tym poradzić. Wiem, że żadne rady tu nic nie pomogą, ale być może takie otwarcie jak w tej chwili, być może tylko przed sobą, bo tego blogu nikt nie przeczyta pomoże mi. Mam taka nadzieję

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

jak to jest?

25 gru

Jak wskazuje nazwa mojego blogu jestem maniakiem Tatr.
22 września 2007 roku wydarzyło się się coś co miało i będzie mieć wpływ na moje życie.
Wychodziłem na Wysoką, łatwą trasą którą przebyłem już ..dzieści lat temu. Szliśmy z doliny Złomisk, przed 12-tą minęliśmy Siarkańską przełęcz i zrobiliśmy sobie krótki odpoczynek. odpoczynek
Wędrowaliśmy we trójkę, Tomek który nas prowadził oraz Altair (Piotr) no i ja. Chwilę przedtem ze względu na różne możliwości fizyczne rozdzieliliśmy się, odległości były niewielkie góra kilkadziesiąt metrów. Altair szedł pierwszy, szlakiem wszedł na Siarkańską Przełęcz nawiasem mówiąc bardzo szeroką, za nim szedł Tomek, za Tomkiem ja. We dwójkę ułatwiliśmy sobie życie wychodząc ponad Siarkańską Przełęcz oszczędzając przynajmniej kilkadziesiąt metrów. Odpoczynek. Jemy. Sesja fotograficzna, druga bo pierwszą mieliśmy na Złomiskowej Równi oczywiście nie licząc zdjęć robionych „w locie”. Za chwilę wyruszamy. Ja z Tomkiem ubieramy kaski, Altair nie ma. Zastanawiamy sie czy założyć raki, teren jest mikstowy jeszcze spory kawalek będziemy musieli przejść to po skale to po śniegu. Rezygnujemy z raków. Tomek wyciąga czekan, ja niestety nie, dalej chcę korzystać z kijków trekingowych.Wyruszamy.
Przechodzimy przez wał kamieni, w zasadzie grzędę będącą granicą żlebu. Wchodzimy na śnieg, pierwszy idzie Tomek drugi Altair ja trzeci,trawersujemy żleb, prawa noga wyżej lewa niżej,  robię DWA KROKI, tylko dwa kroki… ucieka mi lewa noga nie wiem dlaczego, tracę równowagę  , dwa kijki wbijam w śnieg, prawy wbity mocniej wygina się prawie łamiąc pod moim ciężarem, lewy stępiony wbity słabiej zostaje mi w ręce. Mysli jak błyskawice przelatują mi przez głowę, jechać na butach jak na nartach czy upaść na brzuch i hamować kijkiem? Decyduję sie na hamowanie kijkiem, trzymam go wysoko, jest stępiony i zbyt słabo wbijam go w śnieg. Myśl- cholera, dlaczego nie mam czekanu? Krzyczę do kolegów, „pierdolony śnieg, lecę”. Hamowanie jest nieskuteczne, co więcej ponieważ złapałem kijek za wysoko powstaje moment obrotowy i za chwile jestem na plecach. Nie jestem w stanie już skontrolować czegokolwiek. Próbuję hamować nogami, palcami czymkolwiek, płaszczyzna śniegu przez kilka ostatnich dni wygrzewana w dzień przez słońce a w nocy zamrażana zaprasza do coraz szybszego zjazdu. Zjeżdżam, koziołkuję, przerzuca mnie to na brzuch to na plecy, nabieram prędkości, cóż to byłaby za frajda gdybym miał narty na nogach nieprawdaż? Zaczynam obijać się o skały i większe kamienie wystające spod śniegu. Pierwszy próg, przelatuję przez niego. Cholera jasna. Przez głowę przelatuje mi myśl „to już koniec”, za chwilę się roztrzaskam. Można to nazwać rachunkiem sumienia ale przebaczam wszystkim i proszę o przebaczenie. Myślę o dzieciach, mam nadzieję, że są dzielne i poradzą sobie, żona też, Drugi próg. Walę o coś prawą ręką, ale bólu nie czuję. Za chwilę uderzam glową, cud że ubrałem kask, tracę prędkość…….. i ZATRZYMUJĘ SIĘ na małej skałce ledwo co wystającej ze śniegu. Leżę na brzuchu głową w dół , przed oczyma mam prawą rękę trochę dziwnie ułożoną, nie moge jej ruszyć- flak. Sprawdzam lewa ręka Ok, nogi Ok ruszam obydwoma. Próbuję się obrócić, powoli powoli mi sie to udaje. Leżę już głową do góry.Widzę krew, niedobrze. Śnieg staje sie czerwony. Unoszę głowę. Dlaczego ten snieg taki czerwony? Aha centymetrowa rana na środkowym palcu prawej ręki, dość głęboka dlatego tak czerwono. Patrze wyżej. Widzę Altaira i Tomka- schodzą. Krzycze do nich- mam zlamaną prawą rękę, dowiaduję się od nich, że zawaiadomili już Horską Służbę, helikopter ma być do pół godziny. Po chwili dochodzą do mnie. Ktoś z Horskiej dzwoni do Tomka, potwierdza, słyszę jak Tomek mówi, że mam złamaną rękę i leżę poniżej Draciego Szczytu a powyżej Draciego plesa. Chcę zmienić pozycję, Tomek wbija czekan przed moja głową, próbuję się podciągnąć niestety bezskutecznie. Rozpinam pas piersiowy i biodrowy plecaka co pozwoliło zdjąć go, ściągam również aparat fotograficzny, który mam na klatce piersiowej, wyleciały z niego baterie to widzę. któryś z kolegów na moja prośbę wyciąga kurtke z plecaka, mówię w kieszeni napoleońskiej jest telefon zadzwońcie. Do kogo? Do Karoliny, tak jest zapisany nr do Haliny, aparat używany przez Halinę jest po pracownicy Karolinie i nie chciało mi się wcześniej zmienić zapisu, zresztą nie zrobiłem tego do dzisiaj. Tylko powiedźcie, że mam złamaną rękę nic więcej; Halina nie odbiera. Nastepna Kaśka, też nie odbiera. Mateusz również. Po chwili przylatuje helikopter, nie ma możliwości wylądować, odlatuje robiąc krąg i wybierając miejsce do przyziemienia. Wraca, „desantuje” ratownika, ratownik pomaga mi usiąść, schodzę ze skałki, która pozwoliła mi się zatrzymać, obejmowany przez ratownika, tym razem prawdopodobnie ścierpła mi prawa noga i o mało co razem nie lecimy. A trzydzieści parę metrów niżej czyha stroma ściana. Ratownik zmienia decyzję, wsadzi mnie do kosza, rozklada siatkę a wcześniej jeszcze drze sie na moich kolegów, którzy stracili całkowicie energię aby pomogli mu (ratownikowi) odgarnąć trochę śniegu i wypoziomować małą płaszczyznę abym mógł się położyć. Krzyczy-ruszajcie się, chcecie abyśmy zginęli wszyscy? Na przygotowany teren kladzie moją kurtkę, na kurtkę siatkę, na to kładę sie ja, rozciąga siatkę, po chwili jestem w koszu, czuję sie jak karp w siatce. Wcześniej sprawdza czy jestem ubezpieczony, nie rozumiem o jaki certyfikat europejskiego ubezpieczenia pyta. Daję mu portfel z legitymacją Alpenverein, chowa go. Nie pamietam ale chyba jeszcze na ziemi mierzy mi ciśnienie, ponad 140, mówię, że wysokie mam dużo niższe normalnie, on na to ciesz się bo to dobrze, chyba nie masz żadnego krwotoku w srodku. Próbuje jeszcze zrobić mi zastrzyk dożylny, bezskutecznie zresztą do samego Popradu. Startujemy. Jest mi bardzo zimno, uczucie zimna potęguje wiatr ze śmigła helikoptera. Lecimy nad Dracie pleso, tam kładzie mnie na ziemi, po chwili znajduję się na noszach, ląduję w środku helikoptera. Lecimy do Popradu. W którymś momencie, być może jeszcze na ziemi proszę ratownika aby zawieźli mnie do kościoła, słyszę w odpowiedzi-chłopie do kościoła? do karczmy, opij się bo to cud że jesteś,do kościoła wozimy tych , którym już nie można pomóc. Krótki lot. Widzę lądowisko, karetkę. Lądujemy. Przez prawą rękę nie mogą mnie wsadzić do karetki, wyciągają jakieś bety, mieszczę się. Wszystko po to abym przejechał karetką kilkadziesiąt metrów pod drzwi szpitala. Za chwilę jestem na izbie przyjęć.
A co dalej w „nastepnym odcinku” ……..

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS